Anegdoty z podróży Wyróżnione

Historia pewnego roweru napędzanego wiarą w cuda.

Duszny, letni Paragwajski poranek w zakurzonym, rozpadającym od wilgoci domu w Enkarnacion. Obudziłam się z myślą- potrzebuję roweru. Od dłuższego czasu brakowało mi ruchu, żywego kontaktu z drogą, przyrodą i ludźmi w mijanych z reguly vanem lub busem wioskach. 

Tego dnia wybrałam się do Argentyny, by przedłużyć o kolejne trzy miesiące wizę Paragwajską. Pokonawszy most na rzece Paragwaj i 50 km z Posadas do Obera zapukałam ponownie do drzwi Peli. Trzy miesiące wcześniej gościł mnie u siebie dzięki Couch Surfingowi. Wtedy też poznałam resztę jego wspaniałej studenckiej paczki. Część z nich to zapaleni rowerzyści, którym zwierzyłam się ze swego rowerowego marzenia. Szybko zapadła decyzje o zmontowaniu maszyny z zapasowych lub zbędnych części. Pozostałe mieliśmy zdobyć lub dokupić. To był wspaniały czas, ktoś dał ramę, ktoś dał koło. Internet tez się przydał. Na grupie NO queireo Tirar lo Obera (nie chce tego wyrzucać) daliśmy ogłoszenie: ” Szalona podróżniczka szuka części do zmontowania roweru którym, chce dojechać z Argentyny do Meksyku”. Tak poznałam Carol. Wyjątkową osobę, malarkę, działaczkę społeczną. Od wielu lat pracuje w aldeach Guaranies, gdzie poprzez sztukę zaprzyjaźnia się i poznaje indiańskie dzieci, ich problemy, potrzeby a co najważniejsze daje szanse na lepsze dzieciństwo i przyszłość. Po jej synu odziedziczyłam młodzieżowy, czerwony rower, którego przerzutki świetnie pasowały do mego przyszłego wehikułu. Linki, dętki i klocki hamulcowe zakupiłam w lokalnym sklepie. Siorbiąc orzeźwiające Terere z miętą, po 10 dniach wspólnej pracy, smarowania i skręcania udało się. Piękny fioletowy pojazd napędzany miłością i wiarą w: mogę wszytko i że szczęściu trzeba nieco pomóc, został uroczyście wypuszczony na ulice. Przyszła pora na zamontowanie dwudziestuparu kilo w postaci dwóch plecaków, drutu, liany Sipo, namiotu i innych gratów. Za wspaniałą radą” Miguela, doświadczonego w 2-letniej rowerowej podróży po Brazylii, zastosowałam wielka plastikową skrzynkę. Niestety na swoją zgubę. Niby nie miałam za wiele bagażu osobistego może 3 kg, ale 20 kg materiałów do produkcji biżuterii (drut, sznurki, kamieni, kości, nasiona, pióra, narzędzia itp.) nie dało się pominąć. 

wyprawa rowerowa przez masiones w Argentynie. Rower recznie z montowany z czesci przmierzyl setki kilometrow odwiedziajc liczne polskie rodziny i osady indian Guarnies

Opuszczałam Obere z żalem i pośród niedowierzających spojrzeń. Mimo wszystko nie traciłam wiary, że ujadę choćby parę kilometrów z „wieżą Eiffla” w czerwonej skrzynce. Złe rozplanowanie ciężaru przeważało tył roweru. Na każdy postoju upadał, trudno go było podnieść a co dopiero ruszyć. Wszytko, zmieniło się 3 dni później w domu państwa Peterson, Mari Cristiny i Ricardo Juana, rodziców Peli. Z ich starego, brezentowego namiotu z lat 70-tych oraz worków po karmie dla psów uszyłam 4 sakwy. Teraz mogłam zmierzyć się z falującymi ostro w gore i dół szosami regionu Misjones.

Podziel się :
  1. Pingback: Radość nad radościami. O tym jak dobro wraca, a szalony pomysł może mieć nieoczekiwane konsekwencje. – To Tu To Tam

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *